Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alter ego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alter ego. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2019

Jak schudłam?

7 komentarzy:
Obiecywany post, ostatni dzień roku, może kogoś zmotywuję.
Jak już kiedyś wspominałam, w lutym tego roku ważyłam 86 kilogramów, obecnie 63. Schudłam ponad 23 kilogramy w czasie 11 miesięcy.
Czuję się naprawdę dziwnie umieszczając te zdjęcia tutaj, sama nie mogę uwierzyć jak kiedyś wyglądałam.
Jak to zrobiłam?
Poszłam do dietetyczki, ona ułożyła mi dietę i dzielnie trzymałam się jej. Jeśli chodzi o założenia diety to było to około 1500 kcal, picie tylko wody i herbaty w dużych, nieograniczonych ilościach. Jeśli chodzi o ruch, to kazano mi chodzić codziennie godzinę, dopiero w późniejszych etapach diety zaleciła mi sport, ponieważ więcej spalałam mięśni niż tłuszczu. Oczywiście dostałam rozpiskę z posiłkami, gdzie na każdy dzień było konkretnie rozpisane jak mam przyrządzić daną potrawę z
dokładną gramaturą składników.

Jakie potrawy składały się na dietę?
Dieta nie miała żadnych szczególnych założeń w stylu białko na śniadanie, dni gdzie są same owoce czy coś takiego. Przykładowe potrawy to np. jajecznica z dwóch jaj ze szpinakiem, dorsz w pomidorach, awokado zapiekane z boczkiem, sałatka z ciecierzycą. Dziennie miałam 4 posiłki.

Jakie efekty?
No między innymi te widoczne na zdjęciu haha. A tak szczerze, to standardowo traciłam kilogram na tydzień, obecnie na 500 kcal tracę prawie 1,5. Na diecie czułam się naprawdę dobrze, może pierwsze fazy były męczące, bo musiałam się przyzwyczaić do świata bez cukru, ale dobrze mi to zrobiło, bo okazało się, że winą mojego przybrania na masie była insulinooporność.

Jak wygląda wizyta u dietetyka?
Pierwsza wizyta może być lekko krępująca, a przynajmniej ja tak swoją pamiętam. Dietetyk przeprowadza z Tobą wywiad, pyta o nawyki, co i ile jesz, może zechcieć abyś podała mu swój przykładowy dzienny jadłospis. Później przychodzi czas na wagę, musisz rozebrać się do bielizny. Waga oprócz tego, że pokazuje ile ważysz to daje wyszczególnienie na ilość tłuszczu, mięśni i wody w kilogramach. Ubierasz się i ustalasz z dietetykiem cel – ile kilogramów chcesz schudnąć. Patrzy on przy okazji na prawidłowe BMI dla Twojego wzrostu i jeśli wartości, które chcesz osiągnąć są prawidłowe, to układa Ci dietę. Ja swoją dostawałam na e-mail, bo nie jest to fizycznie możliwe, aby dietetyk usiadł i w 15 minut napisał Ci dietę z dokładną rozpiską jak masz przyrządzić dane potrawy wraz z dokładną gramaturą. Moja Pani zawsze pytała się też o to, czy czegoś nie lubię, więc jadłam dzięki temu to, co mi odpowiadało.
Kolejne wizyty to oczywiście mierzenie, ważenie i rozmowa nt. diety czyli Twojego samopoczucia, co Ci smakowało, co musisz poprawić.
Cenowo bywa różnie, ja miesięcznie płaciłam coś koło 250 złotych, gdzie wizyta sama 100, a dieta 150.

Czy warto? 
Według mnie jak najbardziej. Nigdy na tamtej diecie nie byłam głodna, potrawy były pyszne, miałam energię. Ale musicie się jej trzymać oczywiście dokładnie, bez żadnego podjadania między posiłkami, ruch jak najbardziej wskazany oraz pijcie dużo wody.

Dlaczego zrezygnowałam? 
Po epizodzie w wakacje, gdzie przytyłam po obozie, potrzebowałam szybko zrzucić wagę i zaczęłam jeść jeszcze mniej na tej "dietetycznej" diecie. Miało to efekty, wróciłam wtedy do ścisłego trzymania diety, czyli zalecanych porcji, ale nadszedł wrzesień i coś we mnie się zmieniło. Rodzice uznali, że nie potrzebuję już wizyt u dietetyka, bo tylko zabiera to kasę, a ja sobie na tych paru jadłospisach schudnę. A ja się jakoś załamałam, chciałam coraz więcej i szybciej chudnąć, aby być piękną, doścignąć ludzi z nowej klasy. Im mniej zjem, tym więcej schudnę, to mi wpadło do głowy. A głód to kara, bo muszę się karać za wszystko co nieperfekcyjne. I tak zleciały te 4 miesiące pod znakiem 500 kcal, teraz to już nawet mniej mi wychodzi, bo udaje mi się od 400-450. Powodem mojej rezygnacji są zatem problemy ze sobą. A każdemu z Was naprawdę polecam dietetyka, naprawdę da się schudnąć, być zdrowym i najedzonym, jeśli tylko traficie na kogoś odpowiedniego.

Jeśli macie jakieś pytania, to pytajcie, odpowiem w komentarzach.

A korzystając z okazji chciałabym złożyć wam życzenia noworoczne – obyście byli zdrowi, uśmiechnięci oraz spełnili swoje postanowienia! 


niedziela, 29 grudnia 2019

et tu, Brute, contra me

Brak komentarzy:
I Ty, Brutusie, przeciwko mnie


Przytyłam po świętach całe 700 gramów. Myśląc racjonalnie to nie jest wcale tak dużo, nadrobię. Ale niezbyt obchodzą mnie dziś pozytywy, mam okropnie zły nastrój. Śmierć z zagłodzenia wydaje się taka piękna i powolna. Wróciły moje myśli o sobie, ta cała nienawiść do siebie. Ona nigdy mnie nie opuszcza, zawsze jest gdzieś z tyłu głowy, to ona pomaga mi przetrwać 400 kcal dziennie, to ona pozwala mi płakać patrząc w lustro. Nigdy chyba głębiej nie wspominałam o swoim dziwnym nawyku jakim jest zbyt częste spoglądanie w lustro. Nie wiem dlaczego tak jest, ale muszę to robić – dom, przymierzalnie, witryny sklepowe. Zawsze muszę popatrzeć. W domu mam jeszcze ten komfort, że mogę podnieść koszulkę do góry i przypatrzeć się brzuchowi, ocenić czy przytyłam, jak trzymam się z dietą. W trakcie pisania tej notki już z dziesięć razy zerknęłam w lustro. To naprawdę zbyt silne uczucie.
Piję herbatę i zbiera mi się na wymioty. Gdybym była w stanie wymiotować, to zrobiłabym to. Ale nie umiem, wszelkie moje próby były nieudane, nieważne ile wody wypiłam, ile soli dosypałam, próbowałam większości rzeczy.
Nie wyszłam dziś z domu, przepłakałam dzień w łóżku.
Przeraża mnie to, co będzie jak już schudnę do swojego celu – 50 kg. Będzie wielkie nic. Moje życie skończy się na tym etapie, bo odchudzanie weszło mi już tak w nawyk, że nie wyobrażam sobie tego nie robić. Nie będę miała celu, a nie chcę pustego życia. Obecnie jedyne co mnie trzyma, to właśnie cel schudnięcia, bycia szczupłą, chudą.
Zostawię na razie nieuzupełniony bilans, nie wiem czy zjem coś na kolację.

Bilans: 308
śniadanie: 122 (kiełbaska, ciasteczko jaglane)
drugie śniadanie:
obiad: 187 (kaczka, makaron)
kolacja: ?

piątek, 13 grudnia 2019

Conquiescat in pace

Brak komentarzy:
Niech odpoczywa w pokoju


Łacina to piękny język, chociaż myślę, że jest sporo prawdy w powiedzeniu "cokolwiek powiesz po łacinie, brzmi mądrze", które również pochodzi z tego języka.
Ale nie założyłam tego bloga aby tak do końca pisać o łacinie, ale o sobie. Sama jestem zdziwiona tym, że odważę się z kimkolwiek podzielić swoimi uczuciami, czy przemyśleniami, a co więcej moją relacją z jedzeniem.
Dzień założenia tego bloga może się stać albo dniem mojego wybawienia, albo przekleństwa.
Ale do rzeczy, przydałoby się dowiedzieć cokolwiek o tajemniczej autorce, której pseudonim może Wam przypominać zlepek losowych liter, wraz z artystycznym przedrostkiem.

 Kiedy zaczął się okres szkoły podstawowej przytyłam. Z całkiem szczupłego dzieciaka stałam się okrąglejsza na twarzy. Nikogo to jakoś specjalnie nie martwiło, całą podstawówkę towarzyszył mi względny spokój; nikt mnie nie obrażał z powodów tuszy, ale wiele razy usłyszałam, że jestem tą najbrzydszą. Chłopcy uwielbiali przygotowywać rankingi urody, a ja zawsze zajmowałam zaszczytne ostatnie miejsce. Było mi przykro, ale mój stan był stabilny, dobrze się uczyłam i zawierałam znajomości. Nadszedł czas gimnazjum. W drugiej klasie przeżyłam piekło, które ciągnęło się do stycznia tego roku. Wyzwiska, groźby, poniżanie, pogarda. Co prawda nie dotyczyło to mojego wyglądu, ale zaczęłam się po tym wszystkim czuć bezużyteczna, niedopasowana, zastraszona. Po głośnej sprawie w szkole wszystko ucichło i oficjalnie nic nie było, strony są pogodzone. Ale wtedy zaczęłam obrywać personalnie, znaleźli mój najsłabszy punkt – wygląd. Komentowali moją sylwetkę na forum klasy, wszyscy to słyszeli – uczniowie, nauczyciele. Do dziś nie umiem wykrztusić z siebie tych słów jakich użyli. Moja samoocena została zrujnowana, zaczęłam się nienawidzić – swojego ciała, swojej twarzy, swojego uśmiechu, swojego życia. Po sporym okresie samego narzekania, zebrałam się w sobie. Nadszedł luty, tego roku i padł pomysł, że pójdę do dietetyka. I tak z dnia na dzień się udało, wylądowałam w gabinecie. Waga? 86 kilogramów. Boże, jak mogłam się do tego dopuścić? Zaczęłam dietę, specjalnie pode mnie ułożoną, bilans około 1500 kcal. I udawało się, zaczęłam chudnąć. W międzyczasie dietetyczka zaleciła badania, okazało się, że powodem mojego przytycia jest insulinooporność, ale dietą da się wszystko wyleczyć, a jak nie to pozostają leki. Na koniec trzeciej klasy już sporo schudłam, możliwe, że byłaby to liczba dziesięciu kilogramów. Zaczęłam słyszeć komplementy, że schudłam, że mam lepszą figurę. Racja, zaczynałam być lepsza, bo mniej ważyłam. Nastały wakacje, wyjechałam na obóz, a tam odpuściłam sobie dietę. Kto po tylu miesiącach nie chciałby przestać się przejmować kaloriami i zjeść to, na co tylko ma ochotę? Powrót okazał się bolesny – przytyłam. Nie jakoś bardzo, może z cztery czy pięć kilogramów, ale załamało mnie to. "Zawiodłaś siebie", "Jesteś tłusta" – sama siebie strofowałam. Mogłam wrócić spokojnie na dietę ułożoną przez dietetyczkę, ale potrzebowałam efektów natychmiast, po prostu wrócenia do wagi sprzed wyjazdu. Wtedy wprowadziłam sobie niższy limit. 1000. Przecież to nic takiego, chociaż dla mnie było to już lekko uciążliwe. Częsty głód, ale efekty są. Jakoś zleciały wakacje, nadszedł czas liceum. We wrześniu zaczęło być ze mną gorzej pod względem psychicznym, w szkole zobaczyłam tyle idealnych ludzi, a ja nawet nie byłam wystarczająco dobra. Obniżyłam limit o połowę, teraz jedyne co widziałam w swoich obliczeniach to 500. I tak się trzymam do dziś. Psychicznie czuję się jeszcze gorzej, ale czytanie Waszych blogów bardzo pomaga w pilnowaniu się przy jedzeniu.

W każdym razie postaram się codziennie napisać coś o przeżytym dniu i koniecznie bilans. Bardzo miło poczytałoby mi się jakieś komentarze, bo obawiam się jednak, że te posty będą wysyłane w próżnię.
I obiecuję, że nie będzie już tak dużo ścian tekstu!(to znaczy postaram się)

Adieu!